Noworoczne postanowienia? Niezły żart.


No i doczekaliśmy się!

W końcu nadszedł upragniony 2012. Przywitaliśmy go z hukiem petard, postukujących lampek szampana, najczęściej mamrocąco-wyklepanych (co nie znaczy, że nieszczerych!!!) życzeń oraz serią noworocznych postanowień.

Osobiście, jak przeczytałeś w tytule wpisu, traktuję owe sylwestrowe obietnice jako żart. Dlaczego? Pozwól, że opowiem na swoim przykładzie.

Zacznijmy od czasów liceum. Ponieważ uczyłem się tylko tego co uznałem za potrzebne, dlatego pierwsze postanowienie dotyczyło dostosowania stanu wiedzy do kretyńskiego systemu ocen (nawet z fizyki, która do dziś, wraz z przywołanym obrazem nauczycielki, wywołuje na mojej skórze ciarki). Drugim było znalezienie w końcu :) fajnej dziewczyny, a trzecim zarobienie większych pieniędzy na malowaniu graffiti- o czym wspomniałem we wstępie do Podstaw pisania przekonujących tekstów. Następnie prężyłem się z lampką szampana, wybuchające petardy dawały mi sygnał startu, rozpoczynałem sprintem, by nieco zwolnić- przecież miałem na to 365 dni.

Nadchodził kolejny Sylwester i jak co roku okazywało się, że tylko spełniła się ostatnia obietnica. Do dziś śmieję się ze swojej zdziwionej miny.

Dlaczego ponosiłem klęskę z pozostałymi postanowieniami? A jak miałem je zrealizować, jeśli spędzałem czas z puszką farby w ręku, rysując, czytając lub coś pisząc?

Nie lepiej było na studiach, choć licealne postanowienia zmieniły kolejność spełniania. Przestałem malować, wciąż poznawałem fajne dziewczyny, a do tego uczyłem się na wymarzonym kierunku- więc i stan wiedzy uległ błyskawicznemu rozszerzeniu (ba, nawet miałem przyjemność obcowania z przedmiotami ścisłymi, które okazały się niebywale pasjonujące). Co z tego, jeśli nie spełniały się nowe sylwestrowe obietnice.

Nie udawało mi się między innymi: rzucić palenia, czy też kontynuować sumiennie zgłębiania tajników języka angielskiego.

Do czasu…. Od kilku lat nie palę, codziennie mam styczność z mówionymi i pisanymi tekstami w języku angielskim. Jednak wiem, że za tym wynikiem nie kryje się, podobnie jak za uskutecznieniem licealnych obietnic, jedno sylwestrowe postanowienie.

Traktowałem, jak większość „sylwestrowych postanawiaczy”, czas pierwszych chwil Nowego Roku jako wyjątkowy moment, gdy coś się kończy a coś się zaczyna. Wiedziałem, że pora na zmianę.

Jednak było to uczucie wywołane chwilą!

2 stycznia wracałem do swoich obowiązków i zauważałem, że nic się nie zmieniło. Mam te same problemy, pieniądze w portfelu nie chcą ulec cudownemu rozmnożeniu, media wciąż zasypują złymi wiadomościami, a uzależnienie od nikotyny nie uleciało wraz z ostatnią petardą. Stąd, prędzej czy później, piękne postanowienia ulatywały z pamięci.

W celu wprowadzenia zmian potrzebowałem, postanowienia- które wypływało nie z chwili uniesienia, ale z wewnętrznej potrzeby. Musiałem zrozumieć, że tego właśnie chcę, nakazać zmotywowanie się dla umysłu, bo metamorfoza nigdy nie rozpoczyna się samoistnie, z niczego.

Dodatkowo nauczyłem się, że każdy dzień jest dobry na rozpoczęcie samodoskonalenia, nawet Sylwester, jeśli naprawdę tego się chce i potrzebuje tej zmiany (czyli rozumie jej wartość).

Nie ukrywam, że dużą rolę w odkryciu odegrało NLP oraz rozmowy ze znajomymi psychologami i osobami, które podziwiam.

Co więcej, wielokrotnie wykorzystałem tę wiedzę- między innymi do nauki jazdy na unicyklu, w czasie wypraw turystycznych, napisaniu książki, czy też w doskonaleniu zawodowym.

Czy to znaczy, że nie miałem postanowień w minionego Sylwestra?

Wręcz przeciwnie. Podnosząc wczorajszą lampkę szampana miałem ich naprawdę wiele – chyba najwięcej w całym swoim życiu. Jednak nie łudzę się i traktuję je jako marzenia, z których spełnię tylko te, na które będę miał (wewnętrzną potrzebę i ) ochotę.

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Podaj wynik: * Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.